Właściwy człowiek we właściwym miejscu! Od razu wszystko zaczyna działać, gdy do INNOVATIKA dołączyła Paulina Gniadzik! Katarzyna Krolak-Wyszynska on LinkedIn: Czego chcieć więcej?
Właściwy człowiek na właściwym miejscu 13 marca, 2017 13 marca, 2017 markos9395 W tym tekście opiszę ruchy kadrowe generalnego menadżera Davida Griffina oraz zaspoileruję, czego możesz spodziewać się w najbliższym czasie na blogu.
Sylwia to właściwy człowiek na właściwym miejscu. W dzisiejszych czasach niewielu z nas zajmuje się zawodowo tym, co naprawdę go pasjonuje – ona ma to szczęście. Jest bardzo dokładna, skrupulatna, ma wyczucie stylu, zna najnowsze trendy i jest niesamowicie sympatyczną i kontaktową osobą. Polecam z całego serca!
Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Zdjęcia piękne 3. Wybór Krzysztofa na fotografa na nasze wesele był strzałem w 10! Polecamy z całego serca. :)
Szczerze polecam Panią Roksanę ! Właściwy człowiek na właściwym miejscu ! Fachowa wiedza ! Bardzo pozytywna osoba! Przy moim schorzeniu jakim jest insulinopronosc Pani Roksana pomogła mi uregulować insulinę jak i nauczyć mnie zdrowych nawyków żywieniowych:-) Gorąco polecam !
Tłumaczenia w kontekście hasła "właściwy człowiek na" z polskiego na niemiecki od Reverso Context: Naszym największym potencjałem jest właściwy człowiek na właściwym stanowisku.
Po stokroć polecam! Cudowny człowiwk, wspaniały lekarz z ogromną wiedzą, przy tym bardzo przyjazny i empatyczny. Do Pana Doktora trafiłam kilka lat temu z problelem ginekologicznym. Po wdrożonym leczeniu i zabiegu, problem minął. Będę polecać każdemu, bo to właściwy człowiek na właściwym miejscu, prawdziwy lekarz z powołania.
Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Polecam dr z całego naprawionego serca. Beata B. Bardzo dziękuję za pełne profesjonalizmu wykonanie ablacji (9.03.
Współpraca z Hygge Hus była prawdziwą przyjemnością w szczególności z Panem Piotrem ,żaden temat czy pytanie nie zostało beż odpowiedzi ,właściwy człowiek na właściwym miejscu - nic ująć , polecam firmę z całego serca- WK W
Jak przetłumaczyć "na właściwym miejscu" na niemiecki: am rechten Ort. Przykładowe zdania: Właściwa osoba na właściwym miejscu, a zaskoczymy ich.
gRGrkPJ. Na przełomie 2019 i 2020 roku berlińska Hertha bez wątpienia aspirowała do miana jednej z najbardziej rozczarowujących drużyn Europy. Szczytem wszystkiego było starcie z FC Koeln. Goście z Kolonii przyjechali na Stadion Olimpijski w Berlinie jak po swoje i zmiażdżyli gospodarzy 5:0. Powiedzieć, że ten rezultat – z przeciętnym w sumie oponentem – dość mocno kontrastował z rozdmuchanymi planami i ambicjami Herthy, to nic nie powiedzieć. W tej chwili wygląda jednak na to, że „Stara Dama” wychodzi na prostą. Zespół wygrał trzy z ostatnich czterech ligowych meczów, a po przymusowej przerwie w rozgrywkach piłkarze Herthy wręcz imponują przygotowaniem fizycznym. Wygląda na to, że recepta na sukces była w tym przypadku bardzo prosta. Polegała na zatrudnieniu porządnego fachowca na stanowisku trenera. Co tu dużo mówić, Bruno Labbadia na razie robi w stolicy Niemiec kapitalną wszystkim – widać, że ten berliński okręt wreszcie ma jest już czwartym szkoleniowcem Herthy w tym sezonie. Drużyna weszła w rozgrywki mając u steru Ante Covica, ale fatalne wyniki w rundzie jesiennej, zwłaszcza w listopadzie, poskutkowały gwałtownym, choć uzasadnionym rozstaniem. Potem nastała w Berlinie era Juergena Klinsmanna. Tak się przynajmniej wydawał, ponieważ Klinsmann – z właściwym dla siebie, wyuczonym w Stanach Zjednoczonych optymizmem – snuł spektakularne wizje i przedstawiał dalekosiężne plany. Wydał też furę kasy na transfery. I utrzymał się na stanowisku tylko do połowy lutego, po czym ogłosił, że rezygnuje z posady to decyzja nawet nie tyle zrozumiała, co wyczekiwana. Hertha pod wodzą złotoustego Klinsmanna sypała się bowiem w oczach. Następnie w czterech meczach poprowadził berlińską drużynę Alexander Nouri. Aż wreszcie działacze zdecydowali, że nie ma na co czekać i najwyższy czas, by znaleźć zaprawionego w bojach trenera, ponieważ cudowanie z obsadą tego stanowiska mogło się dla klubu skończyć naprawdę mega-kompromitacją, jaką byłoby uwikłanie w walkę o utrzymanie w 1. Bundeslidze. Mówimy o klubie, który na wzmocnienia składu przeznaczył w ostatnich okienkach transferowych dziesiątki milionów euro. Takie kwoty robiłyby wrażenie nawet gdyby Hertha występowała w Premier League. A co dopiero mówić o niemieckich realiach, mimo wszystko skromniejszych.– Kolejnej zmiany trenera chcieliśmy dokonać dopiero po zakończeniu rozgrywek. Jednak sytuacja wywołana pandemią spowodowała przerwę, którą można potraktować jako dodatkową przerwę letnią. Uznaliśmy, że trzeba wykorzystać te okoliczności. W ten sposób zapewnimy trenerowi i drużynie więcej czasu na zgranie się ze sobą – tłumaczył Michael Preetz, dyrektor Herthy. – Wybraliśmy trenera, który zna doskonale Bundesligę. I z perspektywy piłkarza, i z perspektywy trenera. Wielokrotnie pokazał, że potrafi wyciągać zespół z kłopotów. Jego filozofia piłkarska opiera się na ofensywie. Jest ambitny, co pasuje nam, bo chcemy realizować ambitne na scenie pojawił się właśnie Bruno PORZĄDKOWE Dwa ostatnie występy Herthy przed przerwą w rozgrywkach to dwa remisy – odpowiednio 3:3 z Fortuną Dusseldorf i 2:2 z Werderem Brema. A zatem z dwoma klubami znajdującymi się obecnie w strefie spadkowej. Alexander Nouri (choć on tu jest akurat najmniej winny) pozostawił swojemu następcy drużynę rozklekotaną, fatalnie zorganizowaną w defensywie i bazującą wyłącznie na indywidualnościach w ataku. Tymczasem po wznowieniu rozgrywek Labbadia pokazał piłkarskiemu światu zupełnie inne oblicze bałaganu przyszło mu nader wszystkim, Niemiec natychmiast zakończył eksperymenty z wyjściową formacją. Hertha w sezonie 2019/20 grała raz trójką, a raz czwórką w obronie. Raz duetem napastników, a raz samotnym strzelcem. Raz ze skrzydłowymi, innym razem z zagęszczeniem środka pola i wahadłami. Kolejni trenerzy starali się wprowadzić w życie coraz to rozmaitsze taktyczne koncepcje, na czym wyraźnie cierpiała forma piłkarzy, momentami po prostu zagubionych na murawie. Labbadia postawił na klasyczną formację 4-2-3-1. I tyle. W takim ustawieniu „Stara Dama” zaprezentowała się we wszystkich czterech majowych wyniki wyraźnie świadczą, że na ten moment jest to formacja idealnie pasująca do potrzeb zespołu. 3:0 z Hoffenheim, 4:0 w derbach Berlina z Unionem, 2:2 z Lipskiem i 2:0 z Augsburgiem. Znakomite rezultaty. Niezadowolony może się czuć w zasadzie tylko Krzysztof Piątek, który stracił miejsc w składzie kosztem doświadczonego Vedada Ibisevicia, znacznie lepiej pasującego do obecnego stylu Herthy. Bośniak nawet gdy nie zdobywa bramek, oferuje mnóstwo atutów w rozegraniu futbolówki i rozrywaniu defensywy tym – to stary znajomy trenera jeszcze ze Piątek.– Po zmianie trenera pracowaliśmy bardzo ciężko – przyznał Marko Grujić, środkowy pomocnik Herthy, w rozmowie z portalem Liverpoolu. – Efekty tej pracy widać teraz na boisku. Wynik dwóch meczów decydował się w drugiej połowie, zdobywaliśmy kluczowe bramki w samych końcówkach. To dowód na to, jak dobrze jesteśmy przygotowani do gry. Cieszę się, że wróciliśmy w takim progres poczyniony przez Herthę widać nie tylko w wynikach, ale i spojrzeć na cały sezon, „Stara Dama” plasuje się w dolnej połówce tabeli pod względem liczby wykonanych sprintów (13. miejsce), intensywnych biegów (15.) i przemierzonych kilometrów (15.). A jak to wyglądało choćby w ostatniej serii spotkań? Najwięcej przebiegniętych kilometrów: Hertha. Najwięcej intensywnych biegów: Hertha. Najwięcej sprintów: no nie zgadniecie, też Hertha. Często, zwłaszcza w polskich dyskusjach o futbolu, nieco mitologizuje się przygotowanie fizyczne czy motoryczne. Przykłada się do niego zbyt wielką wagę. Uzasadnia nim każde zwycięstwo i każdą porażkę. Ale w tym przypadku nie ma wątpliwości, że to właśnie Labbadia sprawił, iż zespół nadrobił zaległości, do których dopuścił zimą Klinsmann. Czasy człapiącej Herthy, która liczy tylko na gola po stałym fragmencie gry albo na indywidualny przebłysk któregoś z ofensywnych piłkarzy, minęły. – Czuję się dobrze i gra sprawia mi na nowo przyjemność – opowiadał ostatnio wspomniany Ibisević. – Dużo pracowaliśmy w minionych tygodniach. Zespół pomaga mi każdego dnia i pozwala mi także znów poczuć się potwierdza zatem reputację rzetelnego fachury, który nie brzydzi się pracą u podstaw. Można powiedzieć, że w tym względzie Labbadia jest całkowitym przeciwieństwem Klinsmanna, gdyż ten drugi w swojej trenerskiej pracy zawsze przedkładał elementy motywacji ponad takie błahostki jak przygotowanie fizyczne czy porządne ustawienie w defensywie. Ale to jeszcze nie oznacza, że „Stara Dama” z nowym szkoleniowcem jest skazana na sukces, bowiem Labbadia już parę razy udowodnił, że im dłużej w danym klubie pracuje, tym gorzej prezentują się jego podopieczni. Wylewanie fundamentów to ważna misja, lecz potem trzeba jeszcze na tych fundamentach wybudować okazałą posiadłość. A w tym Bruno sprawdza się nieco KRÓTKOTERMINOWYLabbadia to generalnie jest ten typ trenera, który raczej nie podejmuje się realizacji długofalowych projektów. W sumie już jako piłkarz Niemiec bardzo często zmieniał przynależność klubową. Zaczynał karierę w barwach Darmstadt, jako wychowanek tej ekipy, a potem nosiło go po kraju – reprezentował barwy HSV, Kaiserslautern, Bayernu Monachium, FC Koeln, Werderu Brema, Arminii Bielefeld oraz Karslruher SC. W każdym z tych zespołów prezentował całkiem solidną skuteczność i dał się poznać jako wartościowy napastnik, ale też nie grał na tyle wspaniale, by gdziekolwiek zagrzać miejsce w pierwszym składzie na dłużej niż trzy lata. Ma natomiast na swoim koncie dość nietypowe osiągnięcie: udało mu się przekroczyć barierę stu goli zarówno w 1., jak i 2. pewnym sensie można z tego wysnuć paralelę do jego kariery popisy również rozpoczął w zespole Darmstadt, z którym przez kilka sezonów z pewnymi sukcesami poczynał sobie w niższych ligach niemieckich, nabierając doświadczenia. Następnie trafił do Greuther Fürth, czyli na zaplecze niemieckiej ekstraklasy. Natomiast w maju 2008 roku doczekał się pierwszego wielkiego wyzwania w swojej trenerskiej karierze. Zwrócił na niego uwagę Bayer Leverkusen. Labbadia – co wkrótce okaże się dla niego typowe – zaliczył bardzo mocne wejście do zespołu. „Aptekarze” długo trzymali się w czubie tabeli, choć ich dobra forma przeszła trochę bez echa, bo akurat w rundzie jesiennej sezonu 2008/09 furorę robił beniaminek z Hoffenheim i to on ściągnął na siebie najwięcej uwagi. Ostatecznie zresztą i Hoffenheim, i Bayer wytraciły summarum ekipa z Leverkusen uplasowała się na rozczarowującym, dziewiątym miejscu w tabeli. Na dokładkę przegrała też finał Pucharu Niemiec. Rozstano się ze szkoleniowcem w niezbyt przyjemniej RÓWNIEŻ:Jan Mazurek: „Jak Hansi Flick odmienił Bayern?”Szymon Podstufka: „Zauważalnie inni. Z wizytą w akademii FC Köln”Michał Kołkowski: „10 lat temu Liga Mistrzów, dziś 2. Bundesliga. Co się popsuło w Stuttgarcie?”Następnie Niemiec znalazł zatrudnienie w innym zacnym klubie, Hamburgerze SV. I również wytrwał na stanowisku tylko jeden sezon, na dodatek niepełny. Zaczął od znakomitej passy zwycięstw, często bardzo efektownych, z dużą liczbą bramek. Ale jego HSV gasło w oczach. Już jesienią klub popadł w pierwszy kryzys formy, a wiosną zaczął notorycznie gubić punkty w lidze. Po klęsce 1:5 z Hoffenheim działacze zadecydowali o rozstaniu z trenerem. Nie pomogło nawet to, że Labbadia doprowadził HSV do półfinału Ligi Europy. Potem dano mu zresztą w Hamburgu jeszcze jedną szansę. Za pierwszym podejściem popracował w klubie przez 51, za drugim przez 49 meczów. Widać, że cierpliwość wobec jego metod wygasła mniej więcej po takim samym czasie. W Wolfsburgu też rozstano się z nim po 50 spotkaniach. Ale trzeba zaznaczyć, że i HSV, i Wolfsburg dzięki niemu wygrzebały się z dołu tabeli. W tym drugim klubie Bruno nie potrafił się dogadać z dyrektorem sportowym. To zresztą kolejna z jego powszechnie znanych przywar – nie jest człowiekiem znanym z tego, że utrzymuje serdeczne stosunki z przełożonymi. Z zawodnikami również Labbadia odnalazł się natomiast w Stuttgarcie. Ekipę VfB prowadził w latach 2010 – 2013. Dziś szczyci się, że odkrył tam talent Timo Wernera. Nigdy jednak nie uznano go powszechnie za czołowego trenera w Niemczech. Jeżeli obejmował wielkie firmy, to tylko wówczas, gdy znajdowały się one na zakręcie. Podobnie zresztą jest obecnie z podejście mediów do jego osoby chyba go frustrowało. Zdarzało mu się na konferencjach prasowych przemawiać w stylu, którego nie powstydziłby się legendarny Giovanni Trapattoni. – Po tym jak opuściłem Stuttgart, klub przez całe lata bronił się przed spadkiem, aż wreszcie został zdegradowany – dowodzi Labbadia. – HSV też zleciało z ligi po rozstaniu ze takich misjach zawsze się sprawdzał. Przejmował klub w rozsypce, wyprowadzał go na prostą, lądował w okolicach środka tabeli. I nagle wychodziło na jaw, że wszyscy mają go już dość. Jego żmudnych treningów, no i niezbyt atrakcyjnego stylu gry, w którym posiadanie piłki nigdy nie grało najważniejszej roli. Niemiecka prasa przezwała go nawet „Pięknisiem”. Jest to po części nawiązanie do nienagannego stylu ubioru trenera, ale też dość złośliwe podsumowanie boiskowej postawy jego zespołów, gdy już minie efekt pierwotnego zachwytu i skończy się dodatkowa energia płynąca z rzetelnie przeprowadzonych treningów. Nie ma to wiele wspólnego z DALEJ?Trzeba więc zaznaczyć, że w przypadku Herthy jest o wiele za wcześnie na popadanie w euforię. Poza tym, przed stołecznym klubem piekielnie trudny terminarz. Dzisiaj berlińczycy zmierzą się w Dortmundzie z Borussią i to już jest mecz, na którym triumfalna passa może się zakończyć. A potem wcale nie będzie łatwiej – czekające Herthę starcia z Eintrachtem Frankfurt i Freiburgiem to może nie są największe wyzwania, jakie tylko można sobie wyobrazić, ale też żadne spacerki. Później natomiast Krzysztof Piątek i jego koledzy podejmą u siebie Bayer Leverkusen. W ostatniej kolejce sezonu 2019/20 zagrają natomiast z Borussią już teraz więcej niż prawdopodobne, że te dwie ostatnie ekipy do samego końca rozgrywek będą wojować o udział w Lidze Mistrzów, więc z całą pewnością tanio skóry nie sprzedadzą. Na tle takich oponentów nie będzie łatwo zabłysnąć, zwłaszcza w meczu pod dużą presją, do której Hertha raczej nie jest Labbadia za czasów pracy w VfB Windhorst, zamożny właściciel berlińskiego klubu, nie ukrywa, że jego celem jest zbudowanie zespołu błyszczącego nie tylko w kraju, ale i w Europie. Dziennikarze BILD-a poinformowali ostatnio, że Niemiec zasilił budżet Herthy kwotą 150 milionów euro. Ale w realiach Finansowego Fair Play trudno jest dokazywać na rynku transferowym, jeśli nie zarabia się właśnie na występach na europejskiej arenie. Dlatego „Starej Damie” bardzo by się przydał jak najszybszy awans choćby i do Ligi Europy. W obecnej formie szanse na to są zaskakująco spore, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że przed pandemią Hertha zaczynała się szwendać niepokojąco blisko strefy piątka jest już poza zasięgiem peletonu. Ale zajmujący szóste miejsce Wolfsburg zgromadził dotychczas 42 punkty, a zatem ma tylko cztery oczka przewagi nad dziewiątą obecnie Herthą. „Wilki” nie prezentują na tyle solidnej formy, by traktować ich jako pewniaków do zajęcia ostatniej lokaty, która gwarantuje udział w pucharach. Jeżeli jego magia nagle nie zgaśnie, to może się okazać, że Bruno Labbadia nie tylko uratuje berlińczykom sezon, ale i zdąży zrealizować cele, których oczekiwano od jego poprzedników. Nawet jeżeli na dłuższą metę, podobnie jak w poprzednich miejscach pracy, jego metody okażą się wtórne i zawodne, to być może właśnie on poczyni pierwszy krok w stronę budowy wielkiej Herthy, o której tak dużo się w ostatnich miesiącach ten moment Labbadia to po prostu właściwy człowiek we właściwym miejscu. Michał Kołkowskifot.
Rozmowę w Tygodnikiem Płockim nowy wiceprezes Wisły Płock ds. sportowych Bogdan Zajączkowski rozpoczął od stwierdzenia: – Nie jestem przyzwyczajony do biurka. Swoje urzędowanie musiał rozpocząć od dokładnego przeanalizowania tego, co dzieje się w klubowych zespołach seniorów. A nie dzieje się dobrze. Zespół piłki nożnej zajmuje miejsce w strefie spadkowej, a piłkarze ręczni nie tylko odpadli z europejskich pucharów, także przegrali mecz ligowy. Nie tak miał wyglądać ten sezon w ich Zajączkowski jest przede wszystkim związany z piłką ręczną, ale jak twierdzi, drugiej klubowej dyscyplinie będzie teraz poświęcał nie mniej czasu. Przypomnijmy, że jako trener zespołu seniorów odniósł z Wisłą największe sukcesy. I drużynę objął w sezonie 1992//93. Do 2000 roku, kiedy to przestał być szkoleniowcem Nafciarzy, wywalczył z zawodnikami pierwszy w historii Płocka tytuł Mistrza Polski, zdobył także cztery srebrne i dwa brązowe medale oraz pięć Pucharów Polski. W tym czasie dwa razy Wisła awansowała do ćwierćfinałów europejskich pucharów, w sezonie 1993/94 i 1996/97. W 2000 roku został trenerem kadry narodowej i to w tym czasie reprezentacja Polski wywalczyła wreszcie awans do finałów Mistrzostw Europy. Wielu dziś grających w kadrze narodowej piłkarzy, właśnie wtedy wyjechało do bardzo dobrych drużyn zachodnich, by tam podnosić swoje umiejętności, co miało ogromny wpływ na obecne wyniki narodowej drugim swoim podejściu do Wisły, trener Zajączkowski wraz z zespołem zdobył srebrny medal w 2007 roku i złoty w 2008, awansował również do Ligi Mistrzów, a prowadzony przez niego zespół dwukrotnie zdobył Puchar Polski. Od 27 października znów pracuje w Wiśle Płock, tym razem na stanowisku wiceprezesa ds. dni pracy, to przede wszystkim rozmowy z osobami, które bezpośrednio zajmują się pierwszymi zespołami. – Jak jest przedstawiciel piłki ręcznej w zarządzie, to jest to korzystne dla sekcji, ale ja nie zamierzam zajmować się tylko tą jedną dyscypliną – tłumaczył. – Przede wszystkim mam teraz większe pole do popisu, ale i znacznie większą odpowiedzialność. Jest bardzo wiele takich obszarów, którymi trzeba zająć się natychmiast i muszę tu zaznaczyć, że na razie nie zamierzam rozmawiać o jakichkolwiek zmianach kadrowych, są znacznie ważniejsze ważniejsze sprawy to przede wszystkim brak lekarza i odnowy biologicznej dla zawodników. – Nie wiem, kto do tego dopuścił, ale w zawodowym świecie sportowym to nie do pomyślenia, by kupować za duże pieniądze graczy, a potem nie dbać o nich należycie – mówił. – To jest nielogiczne – przecież zawodnicy to majątek klubu. Podobnych problemów i pytań jest mnóstwo. Być może ktoś przez miesiące wpadł w rutynę, a tu potrzebne jest inne spojrzenie. Przecież przed Wisłą jest bardzo ważny, choć nie najważniejszy w tym sezonie mecz, tymczasem sytuacja kadrowa nie jest najlepsza, są problemy z dyspozycyjnością zawodników. – Nie może być tak, że zawodnik kontuzjowany wchodzi do gry – tłumaczy. – Trzeba racjonalnie dysponować siłami piłkarzy, już dziś postawić sobie cele, czy ważny jest najbliższy mecz z VIVE i zwycięstwo za cenę zdrowia zawodników, czy racjonalne dysponowanie ich siłami. W wielu przypadkach nawet nie znamy efektów leczenia piłkarzy. Ja nie twierdzę, że wszyscy muszą leczyć się w Płocku. Samdahlowi to odpowiada, a Kuzelevovi nie. I dlatego mam nadzieję, że wypracujemy taki model, że współpraca będzie ścisła. To jedno z najważniejszych zadań, jakie stawiam teraz przed sobą. Nie jest wykluczone, że ten problem dotyczy obu do zdrowia zawodników i leczenia ich kontuzji, to w Wiśle jest z tym różnie. Trudno usprawiedliwić postępowanie klubu z jednym z rozgrywających, który grał końcówkę poprzedniego sezonu z kontuzją, a potem czekał od maja do lipca, by poddać się operacji. W rezultacie dopiero w październiku wrócił na boisku. Trudno ocenić pozytywnie występy Larsa Madsena, ale z drugiej strony zawodnik jest kontuzjowany i przede wszystkim powinien wyleczyć swoje dolegliwości, by potem w pełnej krasie swoich możliwości wrócić na boisko. Nie jest też dobrym rozwiązaniem, kiedy jeden z bramkarzy gra z pękniętą kością dłoni, a drugi narzeka na uraz, z powodu którego zostaje natychmiast odesłany ze zgrupowania przykładów można podać dużo. Do tego dochodzi brak wiedzy o postępie leczenia, choćby Kuzeleva, który wyjechał z Płocka do swoich lekarzy i tak na dobrą sprawę trudno przewidzieć, kiedy i w jakim stanie wróci. – Mamy XXI wiek, a tak naprawdę nie ze wszystkim jesteśmy w stanie nadążyć za światem – zakończył dyskusję na ten temat wiceprezes Zajączkowski ma podpisany kontrakt do 30 czerwca 2012 roku, ale jak sam stwierdził, każdy można wcześniej rozwiązać. Po raz pierwszy w życiu, choć nawiązuje współpracę z klubem po raz trzeci, nie ma postawionych konkretnych celów. – Ale oczywiście utożsamiam się z tym zadaniami, które zostały postawione przed trenerami. W końcu to jedziemy na tym samym wózku, nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Jola Marciniak Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów do artykułu: Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jeżeli uważasz, że komentarz powinien zostać usunięty, zgłoś go za pomocą linku "zgłoś".
Jak wszyscy wiedzą, Arabia Saudyjska to niedościgniony wzór w kwestii praw człowieka. Nie ma chyba sensu przypominać zasług tego kraju w walce o prawa kobiet. Dzięki staraniom władz kobiety mają nieograniczony dostęp do wielu zawodów, mogą uprawiać rozmaite sporty, a nawet – zupełna fanaberia – prowadzić samochód. Co więcej, kobiety mogą wychodzić z domu, kiedy chcą, jak chcą, z kim chcą. Mogą włóczyć się same po nocach i w ciągu dnia, po ulicach, klubach, a nawet zwykłych parkach, bezwstydnie robić zakupy bez męskiego opiekuna! Standardy saudyjskie są naprawdę wysokie, nie ma co szydzić bez sensu. Nie tylko kobietom w Arabii Saudyjskiej żyje się godnie i wygodnie. Absolutną wolnością cieszą się dziennikarze, a także blogerzy. Nikt nie skazuje ich na 10 lat więzienia ani na 1000 batów za nieprawomyślność. Nastoletni chłopcy, jak Ali Mohammed al-Nimr, zaledwie 17-latek, który przed trzema laty uczestniczył w antyrządowych protestach, nie są skazywani na śmierć. Nikt nie zmusza takich chłopców torturami, żeby przyznali się do winy. Nie ma mowy, by karę śmierci wykonano przez ukrzyżowanie, nawet jeśli pozwalają na to okoliczności – sprawa dotyczy przecież samego króla i państwa. Arabia Saudyjska nie ścięła w zeszłym roku więcej głów niż Państwo Islamskie, należy podkreślić to również z całą stanowczością. Co więcej, dzięki wielkim staraniom Arabii Saudyjskiej jej metody walki o prawa człowieka, w tym kobiet, dzieci i blogerów, docenia cały świat. Państwo to staje się wzorem dla innych. Niedościgłym, rzecz jasna. Nie znaczy to jednak, że nie należy próbować, a przynajmniej uczyć się od najlepszych. Czy może więc kogokolwiek dziwić, że oto Faisal Trad, saudyjski wysłannik do Rady Praw Człowieka ONZ, stanie na czele gremium, które zajmuje się wyznaczaniem międzynarodowych standardów w zakresie praw człowieka i monitorowaniem sytuacji na całym świecie? Pięcioosobowa Grupa Konsultatywna, na czele której stanął Trad, obsadza 77 stanowisk międzynarodowych. Zadaniem tych ludzi będzie troska o przestrzeganie praw człowieka. Nowy przewodniczący gwarantuje, że będzie dbał o najwyższe standardy. Nareszcie właściwy człowiek na właściwym miejscu.
„Wyrażam wielką radość, że moim następcą został abp Migliore, były mój współpracownik w Nuncjaturze w Warszawie w latach 1989–1992. – Jest to najlepszy wybór, jaki można było sobie wyobrazić” – powiedział. Dodał, że powierzenie misji reprezentowania Stolicy Apostolskiej w naszym kraju tak doświadczonemu i cenionemu dyplomacie watykańskiemu świadczy o tym, iż Kościół w Polsce, a także Rzeczpospolita Polska cieszą się w Stolicy Apostolskiej specjalnym prestiżem. „Doświadczenia, które zdobył pracując w strukturach Kurii Rzymskiej, w Strasburgu, a także przy ONZ to kapitał nie do przecenienia, którego nie sposób nauczyć się z książek. Jestem przekonany, że kapitał ten w pełni wykorzysta dla dobra Kościoła w Polsce” – dodał Prymas Polski. Przyznał, że wielkim atutem, jakim dysponuje abp Migliore jest „olbrzymie doświadczenie: afrykańskie i polskie, pracy w Strasburgu, ale przede wszystkim doświadczenie bardzo skutecznej pracy w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej, w jego drugiej sekcji, zajmującej się kontaktami z państwami”. Podkreślił też wagę pracy abp. Migliore na stanowisku obserwatora Stolicy Apostolskiej przy ONZ w Nowym Jorku. „Pracował tam skutecznie i owocnie przypominając, że wartości chrześcijańskie są nieprzemijające, a dziś winny być wyznacznikiem bytowania międzyludzkiego” – wyjaśnił. „To człowiek niezwykle pracowity, kompetentny, a przy tym ciepły i otwarty” – powiedział abp Kowalczyk. – Jest człowiekiem bezpretensjonalnym, który nie ma nic z bizantynizmu. Jest człowiekiem otwartym, o wielkiej zdolności do dialogu. Charakteryzuje go zatroskanie o to, co jest naszym wspólnym zadaniem, a więc autonomia i niezależność państwa i Kościoła przy równoczesnym współdziałaniu dla dobra człowieka w tych przestrzeniach, które nam są wspólne” – mówił. „Jest to człowiek, który nie pójdzie na żadne pochlebstwa, kierować będzie się realizmem, obiektywizmem, uczciwie oceniając sytuację i odpowiadając na wyzwania czasu, zgodnie z duchem, który jest nam wspólny, a jest nim duch nauczania Soboru Watykańskiego II” – skonstatował. Abp Kowalczyk wspominał, że przed kilkunastu laty w 1992 r. właśnie w Gnieźnie ks. Migliore był z nim, kiedy jako nuncjusz ogłaszał bullę papieską „Totus tuus Poloniae populus”. „Była to historyczna decyzja Jana Pawła II, która na przestrzeni tysiąclecia oznaczała największy całościowy podział struktur administracyjnych Kościoła w Polsce” – podkreślił. Przypomniał też, że wspólnie z ks. Migliore zaczęli pracować nad przygotowaniem Konkordatu Polski ze Stolicą Apostolską. „Pracowaliśmy według ducha Soboru Watykańskiego II, który jest nam wspólny. Jestem przekonany, że stosunki państwo-Kościół w tym właśnie duchu będzie nadal prowadzić” – powiedział. Abp Kowalczyk wyjaśnił, że „polityką” jest dla Kościoła realizacja przesłania Ewangelii, a więc sztuka budowania kompromisów, a nie konfliktów. „W stosunkach między państwem i Kościołem, należy być aktywnym, współdziałać, a nie konfliktować” – skonstatował. Mówiąc o specyficznych wyzwaniach, jakie stawia Polska, abp Kowalczyk nawiązał też do pojęcia „solidarności”. Ostrzegł przed reduktywnym używaniem słowa „solidarność” co – jak podkreślił – byłoby niezgodne z myślą Jana Pawła II. Przyznał, że pojęcie solidarności należy tłumaczyć w kategoriach globalnych, eklezjalnych, jako powołanie do działania dla dobra wspólnego człowieka, a nie tylko związku zawodowego. „Mam nadzieję, że księża biskupi będą darzyć nowego nuncjusza zaufaniem nie mniejszym niż mnie, a będę się cieszyć, jeśli będzie ono większe” – zakończył Prymas. Abp Celestino Migliore będzie gościł w Gnieźnie w najbliższą niedzielę, 12 września. Podczas krótkiej wizyty odwiedzi katedrę gnieźnieńską, gdzie będzie się modlił przy relikwiach patrona Polski św. Wojciecha oraz spotka się z Prymasem Polski abp. Józefem Kowalczykiem.